Terminy warsztatów Paverpol

Niechorz, czyli w Bohaczykowie w każdej znanej mi dziedzinie rękodzieła, a znam ponad 30, liczyłam ostatnio.
Chętnie poprowadzę warsztaty w miejscu Waszego zamieszkania.


niedziela, 30 października 2016

Zwiałam,

normalnie zwiałam z Gnomaniołowa!
No tak, wy kompletnie nie wiecie, o co chodzi.
Tam w Gnomaniołowie ... mieszkamy my Gnomanioły. Od czasu do czasu wysyłają nas na misje ... a to trzeba kogoś popilnować, a to trzeba kimś się zaopiekować ... wtedy któryś z nas leci na misję...
Tak było z Gnomikaniołkiem, został wysłany na misję do pani Gnomkowej, podobno jakiś problem z panem Gnomkiem. Normalna sprawa, misja to misja.
Tyle, że ja czyli Gnomisianiołek i Gnomikaniołek się baaardzo, ale to baaardzo lubimy. Prosiliśmy, aby wysłali nas razem! Oczywiście się nie zgodzili ... ciekawe dlaczego?
No to jak się okazało, że Gnomikaniołek zostaje na dłużej, postanowiłam do niego się udać. Oczywiście zgody na to nie dostałabym, więc nie pozostało mi nic innego jak nawiać ;)

Teraz potrzebuję waszej pomocy. Muszę się dowiedzieć gdzie mieszka pani Gnomkowa z panem Gnomkiem. Nie mogłam zapytać tam skąd nawiałam, bo nawiałam przecież.


U nich jest Gnomikaniołek! Wiecie gdzie szukać? W jakim mieście? Na jakiej ulicy?
Nie wiecie? 


To co ja teraz zrobię? Nie dosyć, że nawiałam, to nie spotkam się z Gnomikaniołkiem! 
Porażka! Pomocy! 
Już wiem! Zadzwonię do biura meldunkowego, oni mają rejestry... muszą odnaleźć dom Gnomków.


Widzicie, wiedzieli. Znalazłam dom Gnomków, a w nim mojego Gnomikaniołka :)
Był niesamowicie zaskoczony ale widać, że sprawiłam mu radość swoim przybyciem.
Wszystko chciał wiedzieć, jak udało mi się zwiać z Gnomaniołowa... kiedy zwiałam itd.
Jak już wszystko opowiedziałam, to...


Gnomikaniołek wyjaśnił mi, że to nie ujdzie mi na sucho! Twierdzi, że już mnie poszukują. Słyszeliście coś o tym? Szukają mnie? 


Nawet jak szukają, to i tak od razu nie znajdą. Przecież wy im nie powiecie, prawda?
Pamiętajcie nic nie wiecie, nikogo nie widzieliście ... 
Pobyć sobie z miom Gnomikaniołkiem - bezcenne, niech mnie szukają, niech mnie nawet ukarzą ... co tam!



Jak widziecie wciągnęło mnie gnomowanie na całego. Myślę jednak, że na razie dam spokój. Chyba, że sypną się zamówienia :) Muszę wykonać trochę innych spraw. Sporo mi się nazbierało, a czasu mam niewiele i zamiast robić co trza, to ja gnomkuję :) A wykonanie tego maleństwa, to ładnych kilka godzin!
Te dwa aniołki, są malusieńkie. Bez nóżek mają 12 i 13 cm. Rączki dzisiejszego mają 1.5 cm. Maleństwa!

Serdecznie pozdrawiam. Dziękuję za Waszą obecność i za komentarze :)


piątek, 28 października 2016

Pani Gnomkowa

coś ostatnio martwi się zachowaniem pana Gnomka.
Niby wie, że chłop musi spotykać się z kolegami, toć i ona od czasu do czasu spotyka się w babskim gronie. Niby wszystko wie ... ale ...
Martwi się ... bo pan Gnomek już nie ma 18-tu lat ... a zachowuje się jakby o tym nie wiedział. Toć wszystko jest dla ludzi ... Pani Gnomkowa też wieczorkiem naleweczkę wypije, a co. Ale jeden kieliszeczek! A pan Gnomek jak już spotka się z kolegami to tych kieliszeczków wychyla zdecydowanie za dużo! A potem głowa boli, zmęczony jakiś, nieswój ...
No i martwi się Gnomkowa, oj martwi...
Ostatnio wznosi oczy do nieba i przyzywa anioły, coby prowadziły Gnomka dobrą drogą... Nawet jeden zdecydował się zamieszkać w ich chatce. Malutki, takie anielskie dziecię ... Gnomikaniołek.

Usiadł sobie i przygląda się ... co też tak martwi Gnomkową ...
Siedzi i uśmiecha się, musi jakoś umilić życie Gnomkowej ... rozweselić.


Spogląda też na Gnomka, co to siedzi przy piecu smutny jakiś ... 
Siedzi i patrzy na swoją Gnomkową i myśli sobie, że sporo czasu upłynęło od pierwszego ich spotkania.
A jednak nadal są razem ... jak to dobrze mieć kogoś, kto jest, po prostu jest.


A pani Gnomkowa pochylona nad robótką, ukradkiem rzuca spojrzenia w kącik pod piecem ...
Też się zastanawia, nad upływem czasu ...
I wiecie co ... w głebi duszy wie, że Gnomek to dobry człowiek, bo przecież z innym by tak długo nie była.


Tak sobie myślę, że Gnomikaniołek zostanie u nich na dłużej ... dobrze tutaj być ... w domu gdzie cieplutko i przytulnie. 


Pozdrówki ślę ... wiem, wiem, że to już lekka przesada ... po dwa posty dziennie ;) 
Ale jakoś to zniesiecie co?

Dopiero wczoraj

pisałam, że byłam u Danki - Anstahe.
Dzięki tej wizycie powstały moje kolejne prace.
Prace, które odegrają dwie role ...
- jedna to prace pokazowe na zajęcia z transferu
- druga - będą prezentami.
Piszę, że dzięki wizycie, bo dostałam od Danki wydruki, które zastosowałam na tych pracach. Nie mam drukarki, muszę zawsze lecieć wykonać sobie wydruki ... i oczywiście zapominam. Tym razem wspomogła mnie Danusia.

Oprawiłam zeszyty, które mogą być przepiśnikami, mogą być do gryzmolenia ... jak kto lubi :)

Pierwszy w zieleniach z kotem w roli głównej... będzie dla osoby lubiącej zielony.


Drugi w szarych zieleniach ( nie widać na zdjęciu, ale ten materiał jest zielony ) z kotem w roli głównej, dla osoby lubiącej między innymi koty.


Oba razem, coby Wam pokazać jak inaczej wychodzi transfer na różnych materiałach. W zielonym transfer jest na lnie. W tym drugim na materiałe bardzo ściśle tkanym.


Danusia powiedziała mi, że transfer bez problemu wychodzi na papierze. Oczywiście musiałam to sprawdzić. Zrobiłam na tekturze ... i wyszedł idealnie. Myślę, że mam w głowie już kilka zastosowań tego typu transferów.


Na koniec przyznam się, że @ jestem. Dostałam od Danusi ogrom cudnościowych prezentów i zaraz je pochowałam zamiast się nimi pochwalić.
Już wiem, że na fotce nie ma wszystkich ... nie ma rzeczonych wydruków, nie ma szkiełek po jogurtach itd... Danuś jeżeli jeszcze czegoś nie ma, wybacz :)

Buziole ślę :)


czwartek, 27 października 2016

Macie żony?

Nie macie? To wy nic o życiu nie wiecie!
Spokój w domu, nikt nie marudzi ... a to buty zdejmij, nie siorb, nie mlaszcz, stój prosto, uczesz włoski ... no po prostu nie wiecie kompletnie jakie życie może być! Wy po prostu ... nic nie wiecie!
Na wódeczkę z kumplami możecie iść zawsze ... nikt po powrocie nie czeka na was w drzwiach z pytaniem - Gdzie ty znowu byłeś? Ty pijaku jeden!
A tu ... człek po prostu musiał odreagować! No musiał!

No właśnie, po co ten wstęp zapytacie. Ano po to, coby wyjaśnić dlaczego dzisiaj jakiś nieswój jestem ... Bo wiecie, wczoraj umówiliśmy się z kolegami ... coby pogadać ... umówiliśmy się na dzisiaj... no to poszedłem. Oczywiście nic nie mówiłem pani Gnomkowej ... bo gadania by było, że ho, ho... a po co mi to.


Toć głowa boli wystarczająco na myśl, że będzie trza wysłuchać teraz, gdy wracam. Bo przecież to, że by się nagadała przed, nie uchroniłoby mnie przed gadaniem po. Więc wybrałem opcję tylko po ... w końcu nie pierwszy rok mam żonę ... kto ma ten wie.


A wiecie jak to jest, przecież nie można nagadać się o suchym pysku, przynajmniej faceci tak mają ... to i trochę niewyraźny jestem. 
Może i lepiej ... łatwiej zniosę.


Po drodzę nazbierałem trochę orzechów ... jak myślicie, coś to da?
Chyba nie, ale leżały to nazbierałem, coby z pustymi rękoma nie wracać skoro ... wracam z pustym portfelem.



Jak się domyślacie, byłam u Danusi. Umówiłyśmy się na pracowite spotkanie, a skończyło się jak zawsze. Najpierw pogadałyśmy, aż tu nagle czas jakoś nam zwiał ... nie wiadomo jak i gdzie. Po prostu nagle okazało się, że mamy godzinkę. A tu do wykonania pan Gnomek!
No to, zabrałyśmy się migiem.
Teoretycznie wykonałyśmy mojego w stanie surowym. Teoretycznie ... bo jak się potem okazało, klej nie skleił tego co powinien i panu Gonomkowi odpadło co nieco ;)
A i tak wykonałyśmy tylko podstawę. 
Gdy wróciłam z pracy ... zabrałam się najpierw za naprawianie tego czego nie wykonałyśmy poprawnie ... jednej rzeczy nie udało mi się poprawić, buty ma każdy inaczej ubrany, albo zawiązany ... ale patrz wyżej wszystko jest uzasadnione ... 
W domu dodałam nieco elementów i mój pan Gnomek wygląda jak na fotkach.
Jaki będzie Danki? Nie mam pojęcia, też teoretycznie robiła, ale w tzw. międzyczasie robiła obiad itd, itp. Tym sposobem jej pan Gnomek gdy wychodziłam jeszcze leżał w częściach ... potem okazało się, że i mój był w częściach, ale to szczegół. ;)

Oczywiscie spotkanie było rewelacyjne ... stwierdziłyśmy, że natępnym razem na dłużej się spotykamy ... to moze zdążymy coś wykonać od początku do końca. A plany były szerokie!!!
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do odwiedzin :)

środa, 26 października 2016

Na forum

do którego należę ... koleżanka w temacie haft ... wymyśliła, wyzwanie Misie Tatty Teddy. Lubię te misie, w każdej w zasadzie formie. Dlaczego?
Nie wiem, lubię i już.
Nigdy nie brałam udziału w wyzwaniach w tym dziale, bo jakoś wydawało mi się, że mają to być krzyżyki. Ja chociaż umiem, to od wielu, wielu lat nie haftowałam krzyżykami. Napisałam więc w temacie, że lubię te misie, że pomysł mi się podoba ale ... ja nie haftuję krzyżykami. Na to inna koleżanka napisała, że nikt nie mówi, że muszą być krzyżyki :) I klops, wpadłam jak śliwka w kompot.
Bo gdybym nadal żyła w przeświadczeniu, że tylko krzyżyki, to miałabym czyste sumienie ... Gdybym wiedziała od dawna, że każdy haft - to nie wyskakiwałabym przed szereg, skoro nie mam czasu na udział. A tak, słowo się rzekło kobyłka u płota...
Ostatnio mam dość napięty grafik, temat sobie był, a ja od czasu do czasu sobie o nim myślałam.. Na wykonanie prac był cały miesiąc, byłam pewna, że taki temat chwyci i prace się posypią, wtedy jedna więcej jedna mniej nie zrobi różnicy.
Zaglądam do tematu dwa dni temu, a tam ku mojemu zaskoczeniu tylko jedna wykonana praca! A wyzwanie kończy się z dniem 1.11.
No to zanurkowałam pod stół, wyciągnęłam kosz z muliną, poszukałam w sieci obrazków z takim misiem. Wybrałam taki, w którym haftu jest niewiele ( bo czasu nie mam ) i wykonałam :) pierwszego w życiu takiego misia.
Oczywiście narysowałam go sobie sama, pewnie się różni od pierwowzoru ( chociaż się starałam, aby jak najmniej ). Wzięłam igłę, nici, kawałek płótna i machnęłam haftem płaskim oczywiście.

Oto rzeczony ;)

Teraz na fotce widzę, że ma dziwnie różniące się wielkością stopy ;) A w zasadzie to chyba jego strój ma takie dziwne stopy ;)

Na razie nie mam na niego pomysłu. 
Może jakieś pudełko? 
Może notes?
A może kompletnie coś innego.


niedziela, 23 października 2016

Panią Gnomkową

już normalnie głowa rozbolała...
Sami rozumiecie ... siedzi sobie spokojnie, robi sweter dla Pana Gnomka ... a tu nagle przyjeżdża po długim czasie wnuk - ten o którym mówiła, co to kasę robi - i mówi, że jego córka przyniosła do domu Gnomika... Opisywałam całą sytuację, gdy przedstawiałam Wam Gnomika. Dopiero co od ziemi odrosła, a już przychodzi z Gnomikiem. Koniec świata!
Najpierw szok, potem chwila zastanowienia i w końcu doszła do wniosku, że w zasadzie to nie jej problem. Toć nie ona będzie te pieluchy zmieniała ... najwyżej jakiś sweterek udzierga.
No i nadal sobie siedziała i dziergała dla Gnomka. Spokojnie, powoli ... toć jeden mały swterek do świąt zdąży.
Aż tu nagle dowiaduje się, że to nie wszystko ... sypie się tych pra, pra wnuków jak z rękawa, normalnie jakby jakąś fabrykę otwarli, czy co?
Jeden nagły przypadek to i ona by pojęła ... ale do razu trzy? W jednej rodzinie? To już nawet dla Pani Gnomkowej za dużo. Toć trzy sweterki to nie będzie momencik. A jak tu dać jeden ... dla trzech?


Gnomika już znacie. Dzisiaj dowiedziała się ,że jest jeszcze Gnomisia ( ta w środeczku, z lekka zapłakana ) i Gnomalek ( tłuściutki taki )


Gnomisię wykonała Zuzanka samodzielnie, ja tylko przytrzymywałam przy wiązaniu nitek. No i asystkowałam przy klejeniu klejem na gorąco.
Gnomalek powstał przy okazji tłumaczenia Zuzance co i jak. Ma trochę inaczej wykonane nóżki. 
Zabawa była fajna ... a ja wiem, że dzieciaki sobie poradzą z wykonaniem - tyle, że na pewno muszę rozłożyć to na dwa zajęcia.


sobota, 22 października 2016

Tym razem

bez opowieści. Bo jak tu opowiadać, skoro jest tylko głowa ;)
Znacie mnie już trochę ... wiecie, że ja mam za sobą sporo pierwszych razy ;)
Gnomek, a w zasadzie Pani Gnomkowa to też był pierwszy raz. Potem był pra, pra wnuk czyli gnomik.
A dziś kolejny pierwszy raz ... bo technika ta sama, ale już nie gnomek.
Postanowiłam wykonać główkę lalki ... metodą gnomkową ;)
I moje refleksje są takie ...
- da się to zrobić, co oczywiście widać w sieci. Ale potwierdzam da się
- jednak pracy przy tym sporo, więc myślę, że nie będę tego powtarzała, ilość pracy w stosunku do efektu ... raczej na niekorzyść
- ilość pracy i czasu jest dużo mniejsza niż przy lalkach z runa ... ale te z runa są zdecydowanie mocniejsze, trwalsze itd. Lalki z pończoch są zdecydowanie bardziej narażone na zniszczenie, już podczas samej pracy
- malowanie też jest prostsze w lalkach z runa, twardsza powierzchnia, materiał lepiej przyjmuje kolor
- no i chyba bardziej lubię rzeźbić w runie, niż zaciskać nitki na pończosze ;)

Myślę, że ta metoda będzie przeze mnie wykorzystywana do prostych modeli i przede wszystkim warsztatowo.  No i wykonam Danusinego Gnomka :)

Czyli myślę, że to przedostatnia odsłona metody gnomkowej u mnie ;) 


Chyba, że dokończę tę lalkę


A może pozostanie w tej formie ... 


I będzie pokazową główką na zajęciach ... to jest najbardziej aktulanie prawdopodobna wersja :)

Pozdrawiam i przerzucam się na  cos innego ... jeszcze nie wiem co.
Powinnam malować na jedwabiu ... ale moja duża pracownia chłodną porą jest nieczynna - zimno tam. Muszę przenosić wszystko do holu, jak chcę malować.
Jak to inni robią, że coś robią nie mając pracowni???








Wczoraj przez przypadek ...

( chociaż w przypadki nie wierzę ) natknąłem się na ten blog ... patrzę i oczom nie wierzę. Toć moja Babcia tu na zdjęciu! Szok!
Jak widzę, że Babcia to siadam i czytam. I co czytam? Moja Babcia pisze, że ja latam jak opętany za kasą. No, może to i trochę racji jest ... trochę latam, ale trza rodzinę jakoś zaopatrzyć. To nie jak za czasów młodości Babci ... niewiele było potrzeba. Teraz każdy członek rodziny chce samochód, każdy dzieciak komórkę ... co ja gadam komórkę ... Laptopa, i inne gadżety!
I jak tu nie latać? No jak... Babciu?
Wiem, wiem, prawie nie wpadam tam do Was ... ale kiedy?
Toć urwanie głowy mamy... Nawet Wam nie mówiliśmy ... bo wiemy, że będziecie zaskoczeni, co ja gadam zaskoczeni, będziecie oburzeni. Dopiero będziesz mówić ... jaki ten świat dziwny jest ... i do tego będziesz miała rację.
No bo ... wiesz co, nasza mała ( ciągle jej daleko do pełnoletności ) Gnomeczka, przyniosła nam do domu ... no właśnie.


Może zamiast gadać pokażę Tobie zdjęcie. 


Gnomika nam przyniosła ... czyli jesteś już pra, pra Babcią ... kochana moja.


Oczywiście jak to teraz często bywa ... nie wiadomo, kto ojcem jest! 
I jak to mieliśmy Wam powiedzieć, no jak?
I jak ja mam nie latać jak poparzony, no jak?
Toć wykarmić i zaopatrzyć kolejne dziecię trza.


Oczywiście jak to u mnie bywa, na Pani Gnomkowej się nie skończyło. Jak oglądałam Gnomki u Danusi, to sobie myślałam, że fajnie byłoby wykonać takie cósie na warsztatach. Ale jak wykonałam sama, to już wiem, że nie na każdych mogę wykonać Panią Gnomkową - za trudna i za długo powstaje. Z dorosłymi to i owszem ... z młodzieżą już nie bardzo. Przynajmniej nie z każdą grupą. Dlatego na potrzeby młodzieży wykonamy gnomka u Danusi.
A ja dzisiaj wykonałam Gnomika, na warsztaty w dzieciakami. Nie ma tu prawie szycia - może nie być wcale. To ważne, bo jak robiliśmy piórko, okazało się, że dzieciaki nigdy nie miały w ręku igły! Tego nie przewidziałam! Jak przygotowując piórko, pomyślałam, że takie rposte szycie to będzie raz, dwa, a tu klops.
Dlatego tym razem praca bez szycia. Mamy tylko godzinę! A i tak myśle, że takiego Gnomika będzie trzeba rozłożyć na dwa zajęcia. 

Pozdrówki ślę i komentów oczekuję :)




piątek, 21 października 2016

Pogoda za oknem,

jaka jest każdy widzi...
Tylko rozpalić ogień w kominku i zasiąść do robótki. No, może jeszcze ziółka... smaczne zaparzyć, kawki w tym wieku w popołudniowej porze lepiej nie.
Poprosiłam Pana Gnomka, naniósł drewna, rozpalił w kominku ... cudnie, po prostu cudnie, jak mawia moja przyjaciółka.
Poszłam do kuchni zaparzyłam sobie meliskę ... lubię jej słodki smak. Przysunęłam fotel bliżej ognia, coby ogień ogrzał moje stare nogi i zasiadłam sobie do robótki.


Siedzę sobie i bujam się leciutko ... 
Patrzę sobie w płomienie ... po co komu telewizor...
i robię sweter dla Pana Gnomka, na zimowe chłody.


Siedzę sobie i myślę ... jaki ten świat dzisiaj jest dziwny...
Ludzie ganiają w tę i wewtę ... za czym oni tak pędzą?
Przecież życie jest takie proste...


No tak, myślę o niebieskich migdałach i kompletnie nie patrzę co robię... a tu mi kilka oczek spadło z drutów... 
Muszę spruć i poprawić, bo Pan Gnomek takiego swetra nie będzie chciał ;)
Buju, buju...


Na ten przykład mój wnuk ... ciągle go nie ma ... 
Żeby chociaż na tańce poleciał ... gdzież by...
Do pracy! Na kolejny etat ... podobno chce kupić kolejny samochód!
Toć jednym tyłkiem w dwóch, siedział nie będzie!
Ale ja stara jestem, to i tego świata nie rozumiem.


Napatrzyłam się na gnomki Danusi... więc, dzisiaj postanowiłam wykonać mojego pierwszego. Od razu wiedziałam, że będzie to Pani Gnomkowa. Kiedyś dostałam od Danusi gnomka na fotelu bujanym. Gnomek po latach po prostu odszedł ... ale jak to ja, odkleiłam resztki gnomka od fotela i fotel schowałam. Wczoraj gdy szukałam różnych rzeczy do lampionika, natknęłam się na fotelik. 
Nie miałam już czasu,  ale dziś od rana działam. Powiem Wam, że to fajna zabawa, ale długotrwała. Moja Pani Gnomkowa powstawała dobrych kilka godzin. Sądzę, że Danusia robi je dużo szybciej, wprawa robi swoje. Ja metodą prób i błędów ... np. głowę robiłam dwa razy. Pierwsza, komletnie mi nie wyszła. Ale z tej, jestem bardzo zadowolona. Jest taka jak chciałam, z fajnym wyrazem twarzy. 
Danusia swoje podmolowuje leciutko, moja dostała konkretny makijaż. Nie miałam oczu, wykonałam więc je sama, no i zrobiłam jej powieki. Wykonałam swoją Panią Gnomkową, tak jak Danusia z rajstop, nie mam lekkiego wypychacza, ale mam runo. Trochę ciężko się z niego robiło, jest cięższe i twardsze ... Jeżeli kiedyś popełnię kolejną pracę tego typu to zrobię inne dłonie, dziś gonił mnie czas, koniecznie chciałam zobaczyć efekt końcowy. Nie przyklejałam jej do fotela, bo siedzi bez tego, a mogę ją jakbym chciała posadzić np. na kominku.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za każde komentarzowe słóweczko :)




czwartek, 20 października 2016

Pomysł mi się

przypomniał ...a na warsztatach już padają pytania o prace świąteczne, więc...
Jak to u mnie bywa, jest pomysł to nie można go zmarnować.
Jasne ... łatwiej powiedzieć, niż wykonać. Mieszkając na wsi, to nie takie proste. Najbliższy sklep 7,5 km i wcale nie ma pewności, że w tym maleńkim sklepiku dostanę to, co chcę.
Jasne można zamówić w sieci ... ale trza czekać na realizację zamowienia! A pomysł gniecie ;)
Jak gniecie ... to niewygoda jest, prawda?
To nie ma wyjścia, zagłębiamy się w czeluściach zapasów i zbiorów wszelakich - poupychanych w różnych miejscach i oczywiście nie pamiętam, co i gdzie.
Wiedziałam, gdzie mam różne tektury - leżą pod stołem w dużej pracowni, bo muszą być pod ręką ... w zasadzie pod nogami. Często się przydają. Tym razem też.
Najtrudniej było z ramkami, mam oczywiście jakieś, bo nie wyrzucam żadnych ... ale tym razem potrzebowałam przynajmniej trzech takich samych. A to już nie takie proste. Przeryłam wszystkie miejsca gdzie mogłabym mieć ramki i oczywiście mam nawet sporo ... ale każda inna :)
A potrzebuję 3 równe!
Na szczęście przypomniałam sobie, że kiedyś oprawiałam 3 obrazki ... jako przykłady na jakieś zajęcia. Poszukałam i owszem są, ale maleńkie. No cóż, jak się nie ma, co się lubi ... to się lubi, co się ma. Obrazki wyjęłam, ramki wyszorowałam, szybki umyłam i do dzieła.
Oczywiście ramki stare, poleżały sobie sporo, absolutnie nie nadawały się takie, jakie są. W ruch poszły pędzle. Najpierw na ciemny granat, potem na biało, potem przetarłam, nawoskowałam i uznałam, że jest ok. Oczywiście, poza wielkością ... ale z tym, jak wyżej.
Rameczki skleiłam klejem na gorąco, oczywiście klej było widać. Czyli znów na poszukiwania ruszyłam. Znalazłam biały sznurek i szklane koraliki. Zakryły co trzeba. Z tektury - wspominałam o niej na początku, że się przyda - wycięłam odpowiedni kształt, pomalowałam na biało i została dnem.
No i ... niby ok, ale coś mi nie pasowało. Poszukałam pastę metaliczną w kolorze grafitu, dodałam tu i tam i teraz naprawdę jest ok ... poza wielkością oczywiście ;) ale z tym j.w.

Tak oto powstał pojemnik, który gdyby był większy mógłby być stroikiem... wystarczyłoby do niego wrzucić w zasadzie cokolwiek i byłoby super. Taki pojemnik to rewelacyjna dekoracja całoroczna, jesienią jakieś kasztany, orzechy, jabłka i świeca oczywiście. Zimą, coś białego i świeca... Wiosną fajny bukiet, coś kolorowego i świeca ... latem muszelki np... 
Ponieważ wielkość, jak wyżej ... to zostanie świecznikiem. I tu też całoroczna dekoracja. Odpowiednia świeca i dodatek maleńki odpowiedni do pory roku.
Większy na stroik myślę, że powstanie u mnie również, bo efekt zaskoczył mnie samą.


Oczywiście odpowiedniej świeczki, też na stanie nie posiadam.
Wsypałam orzechy i umieściłam w nich świeczkę choinkową ... Dziwnym trafem, taką mam :) i to bez szukania.
Nawet w takiej, tymczasowej wersji jest fajnie.



Pozdrawiam w takim to nasrojowym klimacie.
Myślę, że spodoba się kursantom :)

Pozdrówki ślę wszystkim zaglądaczkom i zaglądaczom :)








środa, 19 października 2016

Pracuję nie tylko z dziećmi.

Pracuję też z dorosłymi.
Aktualnie realizuję między innymi projekt dotyczący transferu na tkaninie. Mam już kilka prac przykładowych ... ale wczoraj wpadły mi w ręce rolki po taśmach klejących.
Zbieram oczywiście ;)
Od jakiegoś czasu planowałam wykonać pudełko z takich taśm ... bo chcę takie zrobić z młodzieżą. W tym przypadku niekoniecznie z transferem ...
Ale ponieważ realizuję projekt, o którym powyżej ... więc...
Poszukałam materiał, poszukałam wydruk i ... okazało się, że nie mam nitro. Do sklepu mam 7,5 km ... specjalnie jechać, bez sensu.
Ale mam ... aceton! Po co ja go kupiłam, nie mam pojęcia.
Nigdy nie robiłam transferu acetonem. Ale, jak się nie ma co się lubi...
Okazało się, że transfer acetonem wychodzi super.
No to mam ... dwie rolki ( jedną węższą, jedną szerszą ) papier pakowy, tkaninę z transferem, klej, sznurek, tektury i do dzieła. Poskładałam, posklejałam, obkleiłam, owinęłam i mam pudełko, małe okrągłe - takie jak chciałam.



No to czas na środek. Jak widzicie wierzch jest w kolorach naturalnych. Płótno, szary transfer, sznurek ...
Pierwsza myśl, czarny środek ... ale nie, za ponury.
Druga, biały ... też nie, za jasny.
Trzecia, czerwony ... i bingo. 
Rozweselił całość ... przy jednoczesnym pozostaniu w kolorach naturalnych jak chodzi o pudełko jako takie. No i ten efekt zaskoczenia przy otwieraniu ;)
Jeszcze maleńki aniołek w kolorze zewnętrznym i mam.


Do czego zostanie wykorzystane? Na pewno jako przykładowe na zajęciach.
Poza tym jeszcze nie wiem, może zostanie igielnikiem - poduszeczka i kilka szpilek do środka. 
A może opakowaniem jakiegoś światecznego drobiazgu?
A może kompletnie inaczej je wykorzystam - zobaczę.
Pozdrówki dla Was, dziekuję za komentarze i zapraszam zawsze :)


niedziela, 16 października 2016

Rozpoczął się kolejny

rok szkolny.
W związku z tym, rozpoczęłam też zajęcia z dziećmi i młodzieżą w GDK. Wiąże się to z tym, że muszę mieć nowe pomysły, szukam inspiracji, niekiedy korzystam z pomysłów z sieci.
Prowadzę te zajęcia już trzeci rok, jak na razie nigdy nie robiliśmy tego samego. Wykonywaliśmy prace z tych samych technik, ale zawsze inne. Chociaż przepraszam, na ostatnich zajęciach była masa solna i dzieciaki uparły się na jeżyki, a takie robiliśmy trzy lata temu. Temat był dowolny, każde dziecko mogło zrobić co chciało. Były prawie same jeżyki ;)
Dzisiaj zastanawiałam się nad tematem kolejnych zajęć, zajrzałam do pinterestu i... urzekło mnie piórko. Wykonałam i myślę, że dzieciaki dadzą sobie radę. Może być kłopot z szyciem - ale jakby co, to od czego jest klej na gorąco ;)

Zobaczcie jakie fajne piórko i jaki świetny pomysł :)
Oczywiście piórko na pintereście było kompletnie inne, ale pomysł mam z tamtąd.
Kawałek płótna, drucik, nici lniane, farby i lakier do włosów :)
Gdyby je wykonać mniejsze i usztywnić, to możnaby z niego zrobić broszkę albo wisior.



Coby nie było dzisiaj tylko małe piórko, to pokażę jeszcze kilka starych prac. Wczoraj musiałam przejrzeć zdjęcia swoich prac. Poproszono mnie o to... ale na razie nie powiem dlaczego.
Przeglądając te fotki, przypomniałam sobie o technikach, których nie wykonywałam dawno. A lubiłam to bardzo. Może powinnam do nich wrócić? 

Haft na jedwabiu



Ołówek



Buziaki ślę :)




poniedziałek, 10 października 2016

Gdzie byłam,

jak mnie nie było :)
Ano, byłam w Bognor w Anglii.
Bognor, mała wypoczynkowa miejscowość nad kanałem La Manche. Podobno w sezonie są tłumy wczasowiczów ... a teraz, spokojne miasteczko z mnóstwem mieszkańców, którzy mówią po polsku. Nawet nazywają między sobą to miasteczko małą Polską :)
Faktycznie mieszka się tu niejako jak u siebie ... bo jest kilka sklepów polskich, w których można kupić polskie produkty. Jest polska piekarnia z naszym chlebem. Na targu Polak sprzedaje warzywa, które sam uprawia ... itd itp.
Ale samo miasteczko, jak miasteczko. U nas można znaleźć piękniejsze, a przede wszystkim czyściejsze, bardziej zadbane.
Zaskoczyło mnie bardzo to, że wszystko pokryte jest asfaltem - jezdnie, chodniki, alejki w parkach. No i te "okrągłe" jezdnie ;)
Parkują samochodami wszędzie, po prostu wszędzie! Ulice wąskie, na których z obu stron zaparkowane samochody. Ludzie przez jezdnie przechodzą, gdzie chcą ... niekiedy miałam wrażenie, że tylko ja czekam na czerwonym ;)
Pogodę miałyśmy przepiękną, ciepło, słonecznie ... rewelacja!

Zdjęcie miasteczka od strony kanału.
Wykonane z pomostu ... który pokryty był rdzą ;)


Mają dworzec kolejowy w pięknym budynku.
Wnętrze nie robi już takiego wrażenia.


A w takim budynku jest małe kino, w którym można obejrzeć filmy za mniejsze pieniądze niż, w dużym na obrzeżach miasta.
Ja zdecydowanie wolałabym chodzić do takiego kina.


Jest tutaj też kościół, który nazywają polskim kościołem. Jak widzicie na zdjęciu kościół wciśnięty między dwa budynki. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo jakoś kościół kojarzy mi się z budowlą wolnostojącą.
Są tu msze w języku polskim, stąd to określenie.
Zresztą jedyny otwarty kościół w tej miejscowości! Do pozostałych nie dało się wejść. Próbowałam kilka razy.


Wnętrze tego kościoła skromne, czyściutkie, takie jak lubię ... bardzo mi się podobało.


Ten kościół był najbliżej nas ... ale zawsze był zamknięty.


A ten budynek, który zobaczyłam w pierwszy dzień ... skojarzył mi się z zamkiem.
Okazał się kościołem metodystów ... też nie udało mi się do niego zajrzeć.


W Bognor, jest też muzeum. Wyobraźcie sobie, że niewiele z mieszkających tam osób było w tym muzeum. Być może dotyczy to tylko tych, których poznałam ... z nich nikt nie był. Powiem szczerze, że nie rozumiem dlaczego. Najpierw myślałam, że może jest nieciekawe, z niewielką ilością eksponatów ... Okazało się jednak, że nie. Eksponaty w ogromnej ilości, fajnie pokazane. Prawdopodobnie wszystkie zgromadzone przez mieszkańców. 
Nawet znalazłam serwetki wykonane koronką klockową :)



Domy bardzo różne ... miasteczko nie ma jednolitego klimatu. Pokazuję akurat takie, dlaczego... nie wiem.
Oczywiście, są dzielnice lepsze i gorsze. Może i mieszkańcy są lepsi i gorsi ... na pewno bogatsi i biedniejsi.
Są dzielnice bogatych ... tam oczywiście wypasione chaty i fury ;) Ale na mnie nie robi to większego wrażenia. Byłam, zobaczyłam i tyle. To, że tam byłam też niektórych zaskoczyło... wlazłam też na plaże, które podobno są prywatne. Jedyne co zrobiło na mnie wrażenie w tamtych dzielnicach to czystość, której nie ma w pozostałych. A to przecież wcale nie musi być zależne od kasy. A widać tu jest.


Udało mi się namówić innych na wyjazd do Arundel. Zaplanowałam to sobie, już przed wyjazdem z Polski. Wiedziałam, że ten wyjazd nie będzie związany w dalekimi wycieczkami. Ale Arundel jest blisko, więc ... 
Chciałam jechać tam rowerem, z różnych względów się nie udało. Potem planowałam autobusem ... też nie wyszło... nie miejsce na tłumaczenie dlaczego. Udało się dotrzeć i to się liczy. Szkoda, że nie na dłużej ... 
no i, że nie byłam tam sama ... bo na pewno zobaczyłabym więcej. 
Ale nie narzekam, byłam :)
Przepiękny park, tu pierwszy raz żałowałam, że mamy mało czasu. W samym parku mogłabym spędzić kilka godzin.


Nad miastem góruje zamek. Ogromny... niestety zobaczyłam tylko z zewnątrz. A może nie powinnam żałować ... po prostu muszę tam pojechać jeszcze raz ;)


W Arundel jest ogromna, pięknie zdobiona katedra w stylu neogotyckim. 


Wnętrze robi spore wrażenie. Piękne, smukłe sklepienia.. przepiękne witraże ...
Też możnaby tam pobyć dłużej.


Obok katedry, po drugiej stronnie szosy ... stary cmentarz, a w nim kościół ( albo odwrotnie, kościół a wokół cmentarz ) ... w sąsiedztwie katedry wydaje się malutki, skromny ale...
To tylko wrażenie... bo jest przepiękny. Tu również piękne witraże. Tutaj byłam sama, bo pozostałe osoby stwierdziły, że na pewno będzie zamknięty i poszły dalej... miałam ich za chwilę dogonić.


Chwila mi się nieco przedłużyła bo...
Kościół był otwarty! 
Do tego okazało się, że jest przepiękny! Powiem Wam, że zrobił na mnie większe wrażenie niż katedra! Może dlatego, że  nie spodziewałam się tego co zobaczyłam.
 W drzwiach przywitał mnie starszy pan, pokazał księgę, do której miałam się wpisać przy wyjściu. Opowiedział co nieco o kościele, nie wszystko zrozumiałam ... ale jednak zrozumiałam... 
Widzicie na zdjęciu, że za ołtarzem pięknie oświetlonym jest oszklone okno. Gdyby nie witający mnie pan, pewnie nie poszłabym za ten ołtarz. Z daleka, wcale nie było widać co jest za tym oknem.
I jeszcze coś ... gdy już pan mi opowiedział, podszedł do organów i zaczął grać. Grał przez cały czas gdy zwiedzałam. To był kolejny raz gdy żałowałam, że mam tak mało czasu...


W tym kościele była niesamowita energia.


A za szklanym oknem ...


Druga część kościoła ... przepiękna, aktualnie remontowana ... która będzie kiedyś dostępna.


A tutaj ciekawostka, w oknie sklepu w antykami obraz Łępickiej ... podobno orginał :) ale czy na pewno tego nie wiem. Akcent fajny :) 


No to tyle... co do mojego niebycia tu, a bycia tam ;)